środa, 15 listopada 2017

Dla mnie to skok

Trzy lata temu w artykuliku pt. „Czego nie dowiemy się od burmistrza Podsady?” pokazałam Państwu jak, na tle innych gmin, wypadają nasze Pobiedziska w Rankingu Zrównoważonego Rozwoju Jednostek Samorządu Terytorialnego. Wyszło, że kiepsko.
A ranking ten, przygotowywany corocznie, począwszy od 2003, pod kierownictwem prof. Eugeniusza Sobczaka z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej pozwala na obiektywną ocenę poszczególnych gmin w oparciu o dane Głównego Urzędu Statystycznego.
Punktacji podlegają następujące kryteria:
  • wydatki majątkowe inwestycyjne na 1 mieszkańca
  • odsetek wydatków majątkowych inwestycyjnych w budżecie
  • wydatki na transport i łączność na 1 mieszkańca
  • odsetek wydatków na transport i łączność w budżecie
  • odsetek dochodów własnych w budżecie
  • liczba osób pracujących na 1000 mieszkańców
  • liczba osób bezrobotnych na 1000 mieszkańców
  • liczba podmiotów gospodarczych na 1000 mieszkańców
  • napływ ludności na 1000 mieszkańców
  • odpływ ludności na 1000 mieszkańców
  • liczba absolwentów szkół ponadgimnazjalnych na 1000 mieszkańców
  • liczba komputerów z dostępem do internetu w szkołach na 1000 mieszkańców
  • odsetek radnych z wyższym wykształceniem
  • odsetek mieszkańców objętych usługami wodociągowymi
  • odsetek mieszkańców objętych usługami kanalizacji ścieków
  • odsetek mieszkańców objętych usługami oczyszczalni ścieków
Za rok 2014 – ostatni rok rządów poprzedniego burmistrza – zajęliśmy raptem 208. miejsce pośród 608 gmin miejsko-wiejskich. I nic dziwnego, że ówczesna władza wolała o tym milczeć.
A obecna, dziś? Też milczy, choć według mnie chyba tylko skromnością powodowana. A miałaby się czym pochwalić. W ogłoszonym dopiero co (6 listopada w Sali Kolumnowej Sejmu RP) tegorocznym rankingu Pobiedziska sklasyfikowano na miejscu 129. pośród 616 gmin miejsko-wiejskich. Co to znaczy? Ano nic innego jak ruch w górę, aż o 79 pozycji. W ciągu 3 lat. Dla mnie to skok. Tak trzymać! Wrócimy do niego za rok.
 

niedziela, 7 maja 2017

Po tamtej stronie lasu


 Od lewej: Katarzyna Frąckiewicz, Antoni Kobza, Karolina Wolińska, Marek Wiedemann.

Ludzie po tamtej stronie lasu, są tacy sami jak my – hasło z baśni Natalii Gałczyńskiej pt. "Agnieszka - skrawek nieba" przypomina, że wiele zależy od naszego nastawienia do inności, odmienności i obcych.
Jedno z najnowszych badań opinii społecznej pokazuje, że bardziej niż ubóstwa i utraty pracy, Polacy boją się terroryzmu i uchodźców. Opowieści budzące strach przed uchodźcami znamy doskonale, podobnie jak okrutne stawianie znaku równości między terrorystą a uchodźcą.

Nie będę komentować badań, są od tego uczeni socjologowie. Ja tylko dumam o tym, co nas, ludzi różni, dzieli, łączy i jak wiele uprzedzeniami można zniszczyć. Rozmyślam często o wielokulturowości, o pamięci, o cmentarzach, o naszej kolorowej historii.
Hegemonia jednej religii, podobne zachowania, podobne przekonania, milczące porozumienie, to smuta i biel w pejzażu. To rzeczywistość senna, zmuszająca wszystkich do podobnych rytuałów, tych samych zajęć w tych samych porach. Atmosfera jak w miasteczku z filmu "Czekolada" (w reżyserii Lasse Hallstrome), w którym odmienność bohaterki i przybycie "piratów" stanowiło nie lada wyzwanie dla zwolenników utrwalonego porządku.

A jednak nie tak drzewiej bywało – wracam do sedna. Mówi o tym wspomnienie o żydowskiej diasporze, pojedyncze macewy ukryte w zamkniętych cmentarzach, zdewastowane, rozpadające się ewangelickie groby w miejscach, które wyglądają jak silva rerum.

Cmentarze

One nas lubią, te samotne cmentarze, one, które są z nami tak bardzo, że nieledwie tkwią w środku nas. Paradoks odwracalny, bo może to my w nich tkwimy. (H.Poświatowska).
Tkwimy w cmentarzach i przeszłości. Nie da się żyć tu i teraz z amputowaną pamięcią. Czyż nasza pamięć nie jest właśnie takim wielkim cmentarzyskiem? Jak ogród nieplewiony, pamięć porośnięta chaszczami, chwastem, pnączem, lilakami wczepionymi w mogiły tak bardzo, że zrośnięte.
Życie i śmierć, odwieczny fenomen, pamięć o tych, co kiedyś tu i tam roześmiani tkwili, o tych, co tworzyli miejsca dziś przez nas widziane jako zrąb domu czy kawałek bramy wjazdowej... Kim byli Ci, którzy sadzili te żonkile, w środku lasu tkwiące jak wielki znak zapytania?
Cmentarze są jak wielkie znaki zapytania. Zdewastowane, nieistniejące, połać ziemi bez symbolu.... O tych miejscach myślę zwłaszcza. 

Z pamięcią jest jak z cmentarzem. Cmentarz nieplewiony, porosły chaszczami staje się dla niektórych niewidoczny, umownie nazywany np. "laskiem". Dla innych urasta do rangi symbolu, ocalenia historii, ocalenia przed zapaścią. Nie pozwólmy zarosnąć pamięci lub, co gorsze, na podorędziu mieć wydarzenia wygodne i zadowalające. Bolesna pamięć nie może być zamiatana pod dywan, lekceważona, pomijana wzrokiem. Z pamięcią , także tą trudną, z której nie jesteśmy dumni, trzeba się zżyć lub co najmniej oswoić.

"Gdzie mogiły z tamtych lat? " za Marleną Dietrich pyta retorycznie Sława Przybylska, i wiem, że jej pytanie słyszy wcale nie taka mała część naszego społeczeństwa. Gdzie są ludzie z tamtych lat? - pytamy i myślimy o sztafecie pokoleń.
Polska jak długa i szeroka zawsze była kolorowa i wielokulturowa. Swarzędz - miasto bogate, dynamiczne, przemysłowe, rzemieślnicze, przyciągało i przyciąga przybyszów spoza granic. Obecnie pracuje w nim wielu mieszkańców Ukrainy.

Konferencja

Swarzędz - miasto św. Józefa, patrona stolarzy, ma swoją równie bogatą historię... trzy kultury budowały miejsce, w którym każdego dnia przebywam.
Sesja wykładowa w Zespole Szkół nr 1 (moim miejscu pracy), wpisuje się w obchody 380. rocznicy lokacji Swarzędza. "Wielokulturowść Swarzędza i ziemi poznańskiej" to tytuł uroczystej konferencji, nad którą patronat honorowy objęli burmistrz Swarzędza, Marian Szkudlarek i starosta Jan Grabkowski. Jednym z prelegentów był Antoni Kobza, historyk-pasjonat, prezes Towarzystwa Miłośników Ziemi Swarzędzkiej, przypominający o wielokulturowej historii Swarzędza.
Bo pamięć trzeba utrwalać.
Marek Edelman mówił że najważniejsze w życiu jest samo życie. Potem wolność. I pamięć. Niektórzy żyją po to, by pamiętać. Co by było bez ich opowieści o świecie widzianym z perspektywy dziecka? Przechowują skrzętnie to co piękne, bolesne,ważne. Pamięć o świecie narasta zdarzeniami i potem widzimy coś przez stos kliszy. Inaczej niż w rzeczywiście było.

Napływowi

Ci którzy przybywają, wiążą się z pracą, ludźmi, mieszkają, i współtworzą. Mówiąc obcesowo – płacą podatki i wyrabiają PKB.
Współorganizatorzy konferencji wcale nie są ze Swarzędza. Prezes Towarzystwa Miłośników Ziemi Swarzędzkiej, Antoni Kobza jest Ślązakiem, Marek Wiedemann – to krotoszynianin, Katarzyna Frąckiewicz - urodziła się i spędziła młodość w podlaskich Siematyczach, zaś ja jestem z Kaszub. Wielkopolska to region, w którym żyjemy i który pokochaliśmy.

"Ludzie po tamtej stronie lasu, są tacy sami jak my" – niech są, niech wnoszą nowe, niech barwią nasze życie. Podejmuj gościa! Nie wolno nam zapomnieć, że historia Polski jest historią emigracji, gościnności i wielokulturowości. 

 

wtorek, 14 lutego 2017

Komu, komu Walenty?

Jestem przekonana, że każdemu. Pięknym dwudziestoletnim, trzydziestolatkom w sile wieku, szpetnym czterdziestoletnim, pięćdziesięcioletnim, którym noga do tańca się rwie, a i sześćdziesięcioletnim szukającym wiatru w dąbrowie. I tak dalej.
Bo walentynki to coś jakby Święto  Pluszowego Misia, trochę jak Dzień Kobiet  - lepiej się do siebie uśmiechamy.  I nie trzeba ulegać sugestiom marketingowych rekinów, że wbijać się trzeba we wściekłe czerwone paski i koronki. Sprzedają nam wyuzdanie, nazywają  miłością, innymi słowy - próbują stare wróble nabrać na plewy. Zachwyca przecież  TO spojrzenie, TO słowo.  Od tego się zaczyna miłość. TO poezja proszę Państwa.  Nie dajmy się nabrać.

Pokochałem ciebie w noc błękitną,
w noc grającą, w noc bezkresną.
Jak od lamp, od serc było widno,
gdyś westchnęła, kiedym westchnął.

Myślę o wszystkich, których wielkie miłości ominęły, przeminęły z wiatrem albo są gdzieś głęboko pod skorupą pochowane. Myślę o tych, których na co dzień spotykam -  o pani Mirce, która zawsze wybiera dla mnie wypieczone drożdżówki i z zagadkowym uśmiechem podgłaśnia  radio, kiedy Białe Latawce się rozpływają. Popłyniemy białym latawcem On przyrzeka ona mu wierzy /Będę twoim nadwornym krawcem /Centymetrem miłość wymierzę. Myślę o tej pani, która w okienku „listy paczki wpłaty wypłaty” z westchnieniem podaje mi pocztę  gorzko się uśmiechając i o tej, która z służbowym dzień dobry i równie służbowym uśmiechem w Sądzie Rejonowym w Gnieźnie taszczy dokumenty -  a oczy ma jak dwa błękity. I o tej która jest zamężna, on jest urzędnik/Ani za biedni, ani za piękni/Ma na poczcie pracę w Nakle/Zmierzch zapada tu zbyt nagle/Ma tu  świetlicę, szachy i bilard/Tylko tak myśli, że cała mija.  
Tyle rozstań. Tyle smutków. Mężczyźni poirytowani lub znużeni w ciągłej walce o byt, ustawicznie lękając się, że nowe oczekiwanie zza węgła wychynie  -  biegną za księżycem w dal na łowy. Myślę dziś o smutnych i zamyślonych, na których zerkam ciekawie, kiedy tkwimy sobie na czerwonym świetle - każdy we własnym aucie. Co mu tam w duszy gra?  Myślę o tych czterdziestoletnich,  którzy po ideach i po babach  - dawno rozwiedzeni  z dokumentem lub jeszcze bez. Myślę o tych, którzy słyszą: Nie paliłeś dawniej tyle co dziś. Zapałka ci drży, nielekko nam iść.  Czasem spoglądam na pewnego  siebie, uśmiechniętego i z promiennym spojrzeniem My,  mamy mocne zdrowie jak skaut. Nie czeka nas głód, nie grozi nam aut.
Wszystkim nam, którzy trochę się boją walentynek – bo co właściwie z nimi zrobić – mówię Kupmy sobie dobre, stare, mocne wino/I śpiewajmy, nie zmieniając serca w bliznę. A może niech wezmą do ręki wiersz?  Ja polecam Mistrza Konstantego.
Czytam sobie starego Mistrza i widzę, że pan Maciej to moje rzęsy i loki. A ja to rewolta i gęsta mgła.  Tak dobrze, panie Macieju, żeś mi się pan znalazł.





niedziela, 22 stycznia 2017

„Narodzie, jeb się!” ???

I tak, Szanowni Państwo, Olka Fredrę wywołano do tablicy, przepytano z historii, poddano analizie jego utwory. Wyjęto go z szuflady i przeniesiono w naszą współczesność. I tak dla niektórych (tych z dystansem do siebie i świata) jest aktualny i odpowiedni, zaś dla innych jest prześmiewcą nieszanującym narodowych wartości. Wszystko to, proszę Państwa, w fantastycznym spektaklu „Patron” w reżyserii Łukasza Gajdzisa, według scenariusza Marii Spiss. Teatr w Gnieźnie się kłania.
Tak, tak, wiemy, wiemy, że Aleksander Fredro to literacki odmieniec swojej epoki. W spektaklu wyeksponowano, mocną kreską zaznaczono odrębność twórcy w kontekście epoki: Ty się Olek z prawdą mijasz. Znany historycznoliteracki kontekst narodowowyzwoleńczy powraca w kwestiach Seweryna Goszczyńskiego, obecnie zapomnianego, mało znanego poety romantycznego. Przekonuje Fredrę, że naród trzeba scalać w mitologii narodowej, w przekonaniu, że łączy nas duch dziejów, duch narodu, tajemnicza siła drzemiąca we wspólnej narodowej historii: Duch w przeszłości siedzi, wszystko to ma być ojczystości podporządkowane. Zarzuca hrabiemu, że odrzuca polskość w romantycznej obudowie ducha narodu. Naród jest jeden, ale niepodzielny – nieśmiało dopowiada Wincenty Pol i dodaje: twoje salony, to jakby polskie salony są, na co Goszczyński odparowuje: Co ty, Wicek, pierdolisz?
Tymczasem hrabia, niepokorny i krnąbrny „a właśnie, że na ukos” polemikę próbuje żartem rozbroić, dzielnie znosi krytykę, że pornografię pisze, że śmieje się, gdy płakać i cierpieć trzeba. Broni się przed zarzutami „prawdziwych” Polaków – Goszczyńskiego i Pola, tłumacząc, że prawdę widzi w ludziach - w idealistach, którzy stają się cynikami, w sielance zakochanych, którzy w małżeństwie obrzucają się błotem i są dla siebie udręką. W kłamstewkach, obłudzie, marzeniach, nadziejach, tęsknotach i tak dalej. Uniwersalnie i niestrudzenie proszę Państwa, szuka prawdy o człowieku. Czy ty wiesz, co znaczy prawdziwy, wściekły Polak – pyta retorycznie żona hrabiego Aleksandra, i dodaje, że dla świętego spokoju trzeba coś o cierpieniu i Polsce napisać.
Ładnie to, proszę Państwa, podane, w nowoczesnej formie, na scenie obrotowej, uwspółcześnione, awangardowe. Zlepek scen, których osią kompozycyjną jest biografia mistrza Fredry, wszystko to w rytmie ostrej drażniącej muzyki, bo romantyczne kompozycje mistrza irytują. Fredro widziany jest oczami mu współczesnych jako lewak, Żyd, Ukrainiec, popierdółka, (a może i pedał), bo nie poddaje się dyktatowi literatury i sztuki z misją narodową. Na samym końcu pewna Pani w garsonce i z broszką, plecie trzy po trzy coś misji, o zawojowaniu Europy, o powinnościach, o wielkości Polski – wszystko to kosztem narodu, rzecz jasna – i wykrzykuje jak na wiecu robotniczym: narodzie, jeb się!
Sny o potędze wracają jak bumerang, historyczne kompleksy uderzają w nasze codzienne życie, mitologia narodowa nas przerasta, a Fredro się śmieje. Dlaczego ja o tym na poletku, co niby gminnym blogiem być miało? A dlatego, że dzielą nas, mówią, że kto nie z nami, ten przeciw nam, plotą coś o gorszym sorcie i zakamuflowanej opcji niemieckiej, i że w interesie innego państwa występujemy. Ideologom zawsze będę mówić: nie. I zawsze będę mówić „nie”, gdy polityka dzieli rodziny i przyjaciół. Dlatego się cieszę, że blisko nas, bo raptem 25 km od Gorzkiego Pola, w samym centrum Gniezna, też tak mówią.

niedziela, 18 września 2016

Co kto funduje?

Na gminnej stronie www.pobiedziska.pl próżno szukać informacji jak poszczególne sołectwa wydatkowały przyznany im fundusz sołecki. W zakładce poświęconej sołectwom mamy tylko informację o wyborze sołtysa, sprzed półtora roku. Jedynie Biuletyn Pobiedziski parę miesięcy temu ogólnie i zdawkowo wspomniał, iż z funduszu sołeckiego środki były wydawane głównie na festyny i zabawy integrujące lokalną społeczność.
W całej gminie odbywają się właśnie zebrania wiejskie poświęcone funduszowi sołeckiemu na rok kolejny. Sądzę, że dobrym pomysłem jest zachęcenie mieszkańców, by propozycje wydatkowania funduszu sołeckiego składali z dużym wyprzedzeniem przed takim zebraniem. Są takie sołectwa i chwalę tych sołtysów za demokratyczną dojrzałość, która zastąpiła dość powszechne „sobiepaństwo”. Wszak wiadomo, że wydawanie pieniędzy warto przemyśleć wcześniej.
Idąc na takie zebranie, chciałoby się wiedzieć, jak do tej pory wydatkowano pieniądze i na co proponuje się przeznaczyć w przyszłym roku.
Daleko nie szukając, w sąsiedniej gminie na oficjalnej stronie www.swarzedz.pl każdy grosz każdego sołectwa opisany jest ze szczegółami, tak by nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że wspólne pieniądze są rozliczone jak należy.
W gminach, gdzie fundusz sołecki funkcjonuje dłużej niż u nas, obserwujemy znacznie bardziej zróżnicowane cele. Inaczej niż u nas widzimy dominację wydatków na rzeczy trwałe: gablota, ławka, zieleń itd . Ustawa o funduszu sołeckim nie ogranicza decyzji społeczności i pieniądze mogą być wydane na cokolwiek. Dla jednych ważne są festyny, puchary, nagrody i zabawa do późnej nocy. Dla innych mieszkańców lepsza byłaby nawierzchnia, latarnia czy kosz na śmieci i ławeczka. Trudno zdecydować, bo co mieszkaniec - to decyzja.
Rozumiem decyzje zebrań wiejskich. Wszak fundusz sołecki u nas działa dopiero rok. Wielu sołtysów chciało sprawić radość mieszkańcom, organizując zabawy, zawody i festyny, choć powinni wziąć w swoich rachubach pod uwagę niezadowolenie sporej część mieszkańców, którzy choć na zebrania nie chodzą, to liczą, że ich sołtys będzie racjonalnie planował i sugerował wydatki.
Wierzę jednak, że sołtysi razem z mieszkańcami z każdym rokiem bardziej będą się angażować w dyskusję i planować racjonalne wydawanie jakby nie było - naszych pieniędzy.
Patrząc chociażby na moją wieś, dumam:
- Czy nie byłoby miło, gdyby zasłonić zielenią nie dość, że cuchnącą, to dość szpetną przepompownię przy sklepie pana Elka?
- Czy nie byłoby roztropnie ustawić dwa progi spowalniające ruch w okolicy mostku na ul. Starych Wierzb?
- Czy nie byłoby milej i schludniej, gdyby wzdłuż tejże ulicy oraz Leśnej ustawić kilka koszy na śmieci, którymi opiekowałby się Zakład Komunalny?
- Można też doposażyć plac zabaw w nowe sprzęty.
I tak dalej.
Nie wątpię, że szczegółowe wieści o przeznaczeniu funduszu sołeckiego wkrótce otrzymamy. Merytoryczne informowanie mieszkańców to publiczny obowiązek, a nie uprzejmość. Biuletyn Pobiedziski również mógłby się nad tym pochylić.

czwartek, 15 września 2016

Czy dobrze, panie Bobrze?

Moje „Nasze Poletko” od dawna tak nie straszyło chwastami – zamilkłam jak niemota jakaś. Patrzę na ostatnie bardzo nieczęste wpisy i aż chce się rzec: krajobraz stepowy. Ugór całkowity. Ni drogi ni kurhanu. Od gminnych nowości odeszłam jak najdalej, by cieszyć się czytaniem powieści i wspomnień, uprawiać własny ogródek i korzystać ze słońca, jeziora, gór i lasów. Ot, wakacje piękne i obfite w grzyby były.
A tu, proszę, w owym właśnie czasie – dworce na terenie gminy Pobiedziska: Biskupice, Promno, Pobiedziska Letnisko, Pobiedziska - wyremontowane wcale a wcale. Jest porządek – podjazd, wiata, kosz na śmieci. Cóż jeszcze chcieć? Chyba tylko bierności wandali. Pociągi też chodzą (prawie) jak należy - zdecydowana większość Regio się w Promnie zatrzymuje (wiosną zebrałyśmy z Agnieszką Danielewicz 130 podpisów pod indywidualnymi wnioskami i jesteśmy głęboko przekonane, że praca ta miała sens). Zasługa w tym też sołtys Widelickiej, która przejęła się problemem, tak samo jak pana Eligiusza Promińskiego, który razem z rodziną sąsiedzkie autografy pod protestem skrzętnie zbierał.
komentarz do listu pana wicemarszałka Jankowiaka, wystosowanego do pani Sołtys i Rady Sołeckiej Borowo Młyna. W czasie wakacji zaskoczyła nas nagła zmiana frontu wojewódzkiej władzy – okazuje się, że pociągi mogą i będą się zatrzymywać, czyli mieszkańcy Borowo Młyna, Promno Stacji, Gorzkiego Pola i Promienka skorzystają z „odwieszonych” połączeń. Wśród nich mój Syn, przez prawie cały ubiegły rok szkolny dowożony na pociąg ok. 6.40 z Letniska do Poznania.
PKP nie przestają zaskakiwać. Oprócz remontu torów i peronów, chętnie sypną groszem na tunel pod torami przy Skansenie Miniatur, co zwiększy bezpieczeństwo, a nade wszystko skróci czas przejazdu. Mamy na to kilka miesięcy, ale projekt powstał znacznie wcześniej. Zatem spółka kolejowa oraz Gmina Pobiedziska rozkręcają się i idą w inwestycje. Brawo!
A do wsi naszej wracając… Chodnik w ulicy Starych Wierzb, i to całkiem szeroki, udało się wybudować aż do ulicy Nad Stawem, zatem bezpieczniej jest i raźniej.
Siłownię (przewidzianą w gminnym Wieloletnim Planie Inwestycyjnym na rok 2016) zainstalowano nam tuż obok placu zabaw, w cieniu drzew i codziennie można spotkać tam znajomych.
Miło też popatrzeć na schludnie odmalowane barierki na mostku koło sklepu pana Eligiusza.
Tylko ten smród….! To już prawie rok, odkąd kanalizacyjne rury zakopano, a wciąż trapi nas odór, szczególnie intensywny właśnie w okolicy mostku na rzeczce Głównej, gdzie królestwo pana Elka. Wiosną tego roku pan Eligiusz zainwestował w nowe stoły i ławeczki z nadzieją na większe obroty - wieczorne biesiady i lubiącą świeże powietrze klientelę przy rzeczce.
Myśleliśmy: smród minie – podłączą się ludziska i ścieki będą szeroko płynąć do oczyszczalni w Koziegłowach. Niestety, nie minęło, nasila się. Gejzery fekaliów potrafią drogę zalewać, okolice smrodem zatruwać, rzekę i zalew zanieczyszczać. Wkurzył się w końcu pan Promiński, zadzwonił tu i tam, i były tu różne Teleskopy, redaktory, wizje lokalne itp. dyrdymały, ale - jak sądzę - dopiero trzaśnięcie pięścią w stół przez Zbigniewa Zastrożnego, naszego wiceburmistrza i zarazem szefa Związku Międzygminnego Puszcza Zielonka, który nam tę cudowną kanalizację zafundował, może tu coś zmienić. Panie burmistrzu! Czas pogonić speców z Aquanetu, którzy udają, że problemu nie ma i od roboty się migają!
Bo jeśli nie, to będziemy tu wciąż mieli trochę jak w niezapomnianych kupletach Jerzego Jurandota:
Raz wybuchł pożar w kinie.
- Ktoś krzyknął: głupstwo, minie!
- I wszyscy uwierzyli, i wszyscy się spalili.
- Co? - Jak? – Tak!
- Aaa, niedobrze, panie Bobrze. Aaa, niedobrze!


PS. polecam Chór Dana, wykonanie z 1931 r. https://www.youtube.com/watch?v=axB8m309l60

wtorek, 23 sierpnia 2016

Rozmawiaj z Dziadkami. Jasne?



„Z dziadkiem przez Pobiedziska” – urocza i zajmująca książeczka Krzysztofa Krygiera wpadła mi w ręce przypadkiem, chwilę po wydaniu jej przez naszą bibliotekę publiczną.
W podróży przez niewielkie miasto przede wszystkim zachwyca mnie atmosfera. Autor stwarza świat takim, jakim pamiętam go w dzieciństwie – kiedy ludzie mieli dla siebie czas, celebrowali codzienność, wreszcie – nigdzie się nie spieszyli. Czas w Pobiedziskach upływa wolno i spokojnie. Mały poznaniak, Adaś, jeden z głównych bohaterów – jest bezpieczny i szczęśliwy. Dziadek Staś – pobiedziszczanin – istnieje tylko dla wnuka, prowadzi z nim dialog, choć zazwyczaj mówi o tym, co ma chłopca zainteresować. Dziadek to prawdziwy nauczyciel historii, dla Adasia pierwszy przewodnik i mentor. Babcia – troskliwa i pełna ciepła – zajmuje się kuchnią i domem, wujostwo się przekomarza, a chłopiec z sąsiedztwa okazuje się być wspaniałym przyjacielem… Tego idealnego obrazu nic nie zakłóca, świat kręci się tu „jak przed wojną”. Są ciepłe bułeczki, kąpiel w jeziorze i wspaniałe zajęcia w bibliotece.
Opowieść Krzysztofa Krygiera jest dedykowana dzieciom – naszej przyszłości. Tym, którzy kiedyś zasiądą w fotelu burmistrzowskim lub z innego miejsca urządzać będą nasz wspólny los. To opowieść dla tych, co w gminie Pobiedziska od urodzenia, co tu mają korzenie, dla tych także, co korzenie tu zapuszczają, jak mój trzyletni Franek, dla którego historia zatoczyła koło, o czym za chwilę.
Autor obrał sobie ważki cel – przyswoić odbiorcy ciekawe zdarzenia z najbardziej odległej historii naszego miasteczka. I tak dowiadujemy się, na przykład, że był tu Władysław Jagiełło po bitwie pod Grunwaldem, albo dlaczego ludzie modlą się przy kapliczce Matki Boskiej na skrzyżowaniu ulic Poznańskiej i Zielonej oraz o symbolice krzewu głogowego i tajemniczym zamku na wyspie.
Innych kwiatków nie zdradzam, a jest ich naprawdę bardzo wiele. Autor wybrał prawdziwie unikalne odmiany. Książka Krzysztofa Krygiera to quasi elementarz – wiedza, która wchodzi łatwo i zostaje na długo. Cóż więcej chcieć? Chyba tylko, by młodzi mieszkańcy naszej gminy mieli świadomość współistnienia historii i legendy.
Pięknie jest opowiadać historie pradawne, w których mit i rzeczywistość są właściwie takie same. Krzysztof Krygier potrafi to znakomicie, tworząc niezwykłe opowieści. Najważniejsza jest dobrze, fascynująco opowiedziana historia – a czy prawdziwa? – nie ma to większego znaczenia, jeżeli dotyczy czasów tak odległych. My też kiedyś staniemy się mitem albo o nas zapomną, a wszystko zależy od nas i naszego potomstwa.
Duch książki Krzysztofa Krygiera to także hołd złożony słynnej dewizie: Bóg – Honor – Ojczyzna. Jednak sądzę, że im dalej w las, tym może być trudniej. Wielokulturowość i wielowyznaniowość jest wpisana w historię naszej gminy i całego państwa. Sam autor ustami dziadka Stasia mówi: „Jeszcze tyle mam ci do powiedzenie, mój drogi Adasiu (…) Polacy i mieszkańcy Pobiedzisk wiele razy walczyli o wolność. O prawo do godnego życia… W czasie zaborów i wojen”.

Właśnie wspomnienie mrocznego czasu, czasu pożogi i „świata bez Boga” – wspomnienie wielokrotnie przywoływane przez moją ś.p. Teściową – towarzyszyło mi przez całą lekturę. Mieczysława Wolińska urodziła się tu, w Pobiedziskach, w 1933 r. Tu jej ojciec, a dziad mego męża – Powstaniec Wielkopolski, Wojciech Witkowski - przy przedwojennej ulicy Kazimierzowskiej kierował spółdzielnią „Zgoda”, z której po latach wyłoniło się znane wszystkim „Społem”. Z rodzinnych opowieści o tamtych zamierzchłych czasach dzielę się teraz tą wrześniową… W zatłoczonym pociągu, wiozącym cywilnych uciekinierów z Poznania osaczanego przez hitlerowców, jedzie wraz z rodzicami mała, sześcioletnia Miecia. Uciekają do rodziny, do Pobiedzisk właśnie, z nadzieją, że tam ich bomby nie dosięgną. W przedziale Miecia poznaje równolatkę; nie pamięta jej imienia, we wspomnieniu zostaje tylko, że dziewczynka miała na sobie czerwoną sukienkę. Nie zapamiętała, w którym to miejscu pociąg musiał się zatrzymać, a pasażerom kazano uciekać w pola przed bombami zrzucanymi przez niemiecki samolot. Miecia, jak inni, skryła się bruździe ziemniaczanego pola, a gdy nalot się skończył i mogła wrócić do pociągu, w polu wśród innych zabitych zobaczyła leżącą, w czerwonej sukience, nieruchomą już dziewczynkę z pociągu.

Tymczasem czekamy aż Adaś podrośnie, bośmy niezwykle ciekawi jak opowie dziadek Staś choćby tę trudną i tragiczną historię, po której wspomnienie zostało już tylko za żelazną bramą pomiędzy Polską Wsią a klasztorem Sacre-Coeur? Jak spisze zagadkowe dziś losy dawnych mieszkańców, po których ślad kryją liczne, opuszczone cmentarze?… Czyich domostw te ceglane pozostałości wśród pól? Kto przechadzał się kasztanowymi alejami, które dziś pośrodku lasu? Chciałoby się i o tym wszystkim móc poczytać i dzieciom opowiedzieć. Zatem: dużo zdrowia i prosimy o więcej, Panie Krzysztofie!

Szczerze polecam:
Krzysztof Krygier
„ Z dziadkiem przez Pobiedziska”
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska 2016 r.

PS. Dla wytchnienia: podumajmy z Bułatem Okudżawą - "Piszę powieść historyczną" https://www.youtube.com/watch?v=53Onthc_7iM